Bloog Wirtualna Polska
Jest 924 528 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Różności ;)

niedziela, 12 lutego 2012 15:50

Dawno mnie nie było :)Ale i ostatnio nie bardzo było o czym pisać...

Z działu spostrzeżeń - Ola zaczyna wykazywać zachowania autystyczne. Fascynacja maleńkimi przedmiotami, wielogodzinne wykonywanie tej samej czynności, zawieszenia, jakiś taki dziwny płacz i całkowite odizolowanie od otoczenia... Ponoć typowe, ale niepokojące.

Ola miała bardzo dobry tydzień. Ten ostatni. Stała się bardzo kontaktowa, spokojna. Sama z siebie pomagała babci w kuchni, odwiedzała w pokoju chorą mamę, przytulała się, gadała, wymyślała sobie zabawy. Nawet buzia zrobiła się taka normalna, ładna i odprężona. Oczywiście nic nie trwa wiecznie i właśnie przerabiamy umiarkowaną cofkę.  Mała wciąż zaskakuje wszystkich - a to ułoży bezbłędnie puzzle z 64 elementów, a to "czyta" z pamięci tekst książeczki, którą czytaliśmy jej z miesiąc wcześniej... Ma, jak mi się zdaje, znakomitą pamięć. Powtarzała słowo w słowo to co w książeczce. Czasami też sypie tekstami które mówią jej lale. Szkoda, że nie chce nas naśladować ;) Za to naśladuje Zuzę i to w tym pozytywnym aspekcie, czyli zrobiła się ciekawska. Nie wiem, na ile to prawdziwa ciekawość, a na ile udawanie, ale miło patrzeć, że dziecię czymś się interesuje :)

Zuzik... Siedzi właśnie obok mnie, bawi się sama klockami nucąc pod nosem " Silent night, holly night, a u żłóbka matka święta czuwa sama uśmiechnięta ". Boskie... W ogóle Zuzin może robić za reklamówkę adopcji. Sama radość. To, że gada bez przerwy i się mądrzy, to już inna sprawa :) "Tato, tego nie wolno. Ciociu, tata zabrania spuszczać wodę w kibelku", itd. W przedszkolu panie ją uwielbiają, ze wzajemnością chyba. Ostatnie trzy tygodnie siedziała w domku chora, więc była bardzo niepocieszona. Olek kaszle od dwóch tygodni, mnie trzyma już z miesiąc. Jedna Ola jak zwykle zdrowa.

Byliśmy z Olą na podcinaniu wędzidełka języka. Skierowała nas ortodontka, która uważała, że Oli jęzor trzeba zoperować. Niestety (albo "stety") z jęzorem wszystko w porządku i Oli się upiekło. Zuza zaliczyła bodajże w poniedziałek szczepienie zaległe (była bardzo dzielna), a w piątek - dentystę. U dentysty nie była dzielna, a że dentysta była natarczywa i koniecznie chciała Zuzi wiercić w buzi, Zuzia w ramach odwetu postanowiła odgryźć jej palec. Dalsze zabiegi pani dentystka wykonywała w stalowej zbroi na palce :)

Ola włąśnie zalicza z Aśką wojenkę. Wczoraj, mimo upomnień, że nie wolno, wywlokła puzzle, rozwaliła po całym pokoju po czym sobie wyszła. Umowa jest taka, że jak puzzle wyjmuje, to układa. A te, które wyjęła, świetnie układa. Sama, i to wiele razy ułożyła je przy nas. Dostała więc zadanie - albo układa do końca, albo nie ogląda telewizji. Wyła z godzinę, nie ułożyła nic. Przyszłą niespodziewanie babcia z pączkami. Ola jak się dowiedziała, że nie zejdzie póki nie skończy, wpadła w szał. Wyła, waliła w drzwi, tupała ze złości. A jak wyraźnie mówiła przy tym :) . Babcia poszła do niej i powiedziała, że wie, że ona umie i jeśli się pospieszy, babcia poczeka. Tu Ola wykazała się nadspodziewaną inteligencją, gdyż po chwili była już na dole. Jakoś nie chciało nam się wierzyć, więc pomaszerowaliśmy na górę zobaczyć co zdołała zrobić. A miała już ze 3/4 ułożone z babcią. W pokoju Oli puzzli nie było. Okazało się, że wzięła wszystko wpakowała do pudełka i schowała na półkę. Myślała, że nas wykiwa :) Zaparła się i dziś od rana wojuje. Aśka też uparta, więc zanosi się na ciekawą rozgrywkę...

 

Trackback: http://bloog.pl/id,330836649,trackback

komentarze (2) | No i co o tym sądzisz?

I po feriach

środa, 01 lutego 2012 14:27

Ferie upłynęły pod znakiem chorób. Po dzieciakach padłem ja i Aśka. Zuzek trzy tygodnie nie był w przedszkolu, ale obyło sie bez antybiotyków i jakoś dochodzi do siebie. Jedynym który o dziwo nie zachorował był Olek.

Z podwóreczka. Zacznę od Oli. Nie wiem, co się dzieje, ale nawet bez cukru zaczyna mieć odpały. Nagle, bez powodu robią jej się wielkie oczy i mówiąc kolokwialnie, ma odlot. Chodzi bez sensu, gada gdzieś w przestrzeń, śmieje się z niczego i bez powodu. Zrobiła się także pyskata, szczególnie w stosunku do Gali, ale i nam coś odwarkuje. Ot, wczoraj Aśka robiła jej kanapkę wieczorem, Ola podeszła do szuflady i zaczęła mnie odpychać ciągnąc za uchwyt. Zapytałem ją grzecznie, co się stało, a ona dość opryskliwie, tonem oczywistej oczywistości i z pretensją: "No talerzyk chciałam!!" (oczywiście po swojemu, niewyraźnie). W efekcie talerzyka nie dostała, z wytłumaczeniem, że gdyby ładnie i grzecznie odpowiedziała, to nawet sam bym jej podał, ale za takie pyskowanie talerzyka nie dostanie. Stanęła i weszła w tryb stand-by. Z kanapką w rączce, patrząc się gdzieś w okolice krzesełka, i tak trwała nie reagując na żadne polecenia. Po chwili system się odwiesił i zaczęła jęczeć, że nie chce kanapki. Wylądowała na krzesełku przy stole i w końcu zjadła.

Przedwczoraj wysypały znowu na podłogę dość drobne puzzle, a mają przykaz, że jeśli czegoś nie potrafią ułożyć, niech nie wysypują. Zuza potulnie zebrała te drobne i zajęła się większymi. Ola kategorycznie stwierdziła, że umie. -No, to jak umiesz, to ułóż. Faktycznie, ambitnie siedziała i układała. Co prawda zawołana na kolację i mycie zaczęła pyskować, że "przecież układam! Nie mam czasu!" ale po krótkiej rozmowie zeszła, przebrała się, umyła i wróciła układać. Nawet telewizor przegrał z puzelkami. No i co najciekawsze, dziecię zasadniczo nie wymawia wielu zgłosek. Na przykład "r". Podsłuchała widać tatę, jak mu coś nie wychodziło ;) i któregoś razu, układając jakieś klocki, siarczyście zaklęła "O kur...." . Szczena opada, bo zrobiła to pięknie i wyraźnie. Aż bym jeszcze posłuchał, gdyby nie fakt, że słówko mało cenzuralne ;) W każdym razie gada coraz lepiej i więcej i jest fajnie. 9-go lutego jedziemy podciąć jej jęzor, bo doktor stwierdził, że utrudnia jej pionizację języka i mówienie. Szkoda mi jej, bo to pewnie bolesny zabieg...

Zuzik - ech... To co ten maluch wyczynia przechodzi pojęcie. Wszędzie jej pełno. I rozrabia. Fantazję ma ułańską. Ostatnio podczas rozbierania choinki, kiedy tata sekatorem ścinał gęstwinę gałęzi, Zuza zapragnęła robić to samo. Wzięła nożyczki i pyta, czy może... Pozwoliliśmy. Z zapałem ścinała końcówki gałązek, aż miło było popatrzeć. Potem sprzątały - Zuza pobiegła na górę po szufelkę i zmioteczkę (zabawki), a Ola oczywiście za nią. Obie sprzątały, przy czym Zuza robiła to normalnie, jak dorośli, zaś Ola - zgarniała igiełki w okolice szufelki po czym paluszkami wkładała po dwie - trzy na szufelkę robiąc przy tym zeza z ekscytacji. Tłumaczenie przychodziło ciężko. No, bo jak powiedziałem, żeby odwrotnie trzymała szczotkę (zamiatała pod włos), to przekręciła ją plastikiem do podłogi :( W końcu zrozumiała i nawet nieźle jej szło, tyle, że po uprzątnięciu całej podłogi odkurzaczem Ola dalej zamiatała wyimaginowane smieci. Z godzinę później chciałem podłączyć telefon do ładowarki. Znalazłem kabelek, wetknąłem, a tu nic. Myśląc, że nie podłączona do sieci pociągnąłem za kabel w poszukiwaniu drugiego końca. Nie było. Kabelek równo ucięty. No, w paru miejscach nadcięty a w jednym całkiem. Królika wykluczyłem od razu. Dziewczyny pod ścianę i pokazuję kabelek. -Która to zrobiła???   Zuza oczy w ziemię, Ola też. Wiadomo było, że Zuza, bo Ola nie umie posługiwać się nożyczkami, ale chciałem by się do tego sama przyznała. Dopiero jak uciąłem kawałek kabelka i pokazałem Zuzi oba końce, przyznała się skruszona, ale z taką filuterną minką, że nie dało się nakrzyczeć... Wieczorem za to zaliczyła straszną podpadziochę, bo wlazła nam do sypialni i zaczęła grzebać w szufladach, wyciągając z nich leki. Wywlokła między innymi Naproksen i dowodziła, że to pasta do zębów.

Wczoraj poszła z mamą do sypialni, zwykle Aśka jej czyta siedziąc w fotelu, a Zuzin leży w łóżeczku. Ponieważ Zuza tym razem za nic nie chciała iść spać, Aśka wlazła jej do łóżeczka, przykryła się kołderką i stwierdziła, że w takim razie ona tu będzie spała. Zuza w tym momencie zaskoczyła nas całkowicie. Otóż, zamiast próbować wyciągać mamę z łóżka, czy inne takie, po prostu wzięła książeczkę, wlazła na fotel i udając mamę zaczęła czytać, śmiejąc się co drugie słowo. "Poczytała" ze trzy minuty po czym zapytała Aśkę  - Mama, śpisz już? Usłyszawszy potwierdzenie, Zuza zlazła z fotela, poszła do drzwi, zgasiła światło i mówiąc "dobranoc mamusiu, śpij dobrze" wyszła, zamykając za sobą drzwi. Aśka myślała, że skona w tym łóżku ze śmiechu.

Trackback: http://bloog.pl/id,330807740,trackback

komentarze (2) | No i co o tym sądzisz?

Śnieg

wtorek, 24 stycznia 2012 8:45

Ola, po niedzielnej uczcie słodyczowej, wczoraj była z lekka trącona. Śmiała się bez powodu, wykonywała jakieś dziwne ruchy rączkami, robiła zeziki i tym podobne. Cały dzień była jakaś taka lewa. Próbowała wymusić na cioci Gali ubranie jej, więc odegrała scenkę jaka to jest biedna i nic nie umie. Ciekawe, bo dzień wcześniej sama ubrała się w kombinezon i buty, więc kurteczka nie była dla niej problemem. Wiedziała jednakowoż, że Olek ma iść do babci i że w domu jest tylko ciocia, więc tak czy siak, będą musieli wyjść. Mimo gróźb, że jak się sama nie ubierze, to nie zostanie z Olkiem u babci, Ola poszła na całego robiąc wrzask na maksa. Ponieważ Gali żal było Olka, który już nie mógł się doczekać zabawy z Tymonem, ubrała Olę i z całą trójką pomaszerowali do babci. Jakież było zdziwienie Oli, kiedy Olek pobiegł, a Gala z dzieciakami zawróciła pod bramą i poszła do domu... Oczywiście powiedziała jej, że miała zostać, ale skoro Ola nie miała ochoty się ubierać, to dotrzyma słowa i wracają do domu. O tym, że wracały wiedziało chyba pół wsi i okolic, ale Gala jest twarda. Wróciły do domu. Ola była wściekła i niepocieszona, bo wydawało jej się, że ugrała swoje, a tu zła ciocia dotrzymała słowa...

Wieczorem, ciągle jakaś lewa była, jedyne co ją interesowało to telewizor. Uznałem w końcu, że lepiej, jeśli pójdzie spać. Oczywiście natychmiast po ogłoszeniu, że Ola maszeruje na górę do łóżka, mała zaczęła wymyślać różne powody by jednak nie iść. Nagle zaczęła ją boleć noga. Stała i nagle usiadła i mówi, że boli. Aha... Potem nagły atak siku i głodu. Że przed momentem jadła i siusiała - nie ważne, ważne by posymulować, bo może uda się jeszcze jedną bajkę zobaczyć ;) Polulałem, położyłem, zasnęła. Zuzanka tymczasem już w pidżamce szykowała się do spania, rozrabiając w pokoiku z mamą. Za oknem sypał gęsty śnieg i przyszła mi nagła ochota na spacerek. Po pracowitym dniu i nudnym jak flaki z olejem zebraniu firmowym, które ciągnęło się bez sensu przez ponad cztery godziny, dawka tlenu była niezbędna :)  Olek stwierdził, że idzie ze mną, więc krzyknąłem na górę, że idziemy na spacer i poszliśmy. Fajnie było, bo nasza uliczka o tej porze jest nieuczęszczana, więc na całej niemal długości leżała warstwa dziewiczego śniegu. Pięknie się lepił, więc urządziliśmy z młodym wojnę na śnieżki. Zrobiliśmy kółeczko i kiedy zbliżaliśmy się po pół godzinie do domu, usłyszeliśmy pokrzykiwania dziecka. Zastanawiałem się, co za wariaci też wyleźli na dwór, jak my,  po 21:00, kiedy dziecięcy głosik ogłosił: "O, mama, ziobać, tata i Olek idą!". Na ośnieżonym trawniku przed domem mama wraz z małym czerwonym krasnalem lepili bałwana, drugiego już. Okazało się, że Zuzek kiedy tylko usłyszała mój okrzyk, że idziemy z Olem na spacer, zaczęła męczyć Aśkę, że też chce. I tak prosiła, że Aśka zmiękła i poszła. Wpakowała ją w pidżamce i pieluszce w kombinezon, założyła buty i czapę i pomaszerowały lepić bałwanka. Tak jej się podobało, że spędziliśmy na dworku jeszcze ze 40 minut, a ta, kiedy Aśka wnosiła ją mokrą i zaśnieżoną do domu, szlochała "Mama, ja nie ciem wlacać jecie" ;) Chwilę później wlazła mi na brzuch, przytuliła misia, i mrucząc "do siopy hej paśtezie" zaczęła lewitować. Zamruczałem jej jakąś inną kolędę i po minucie spała pochrapując smacznie ;) Sflaczałą zaniosłem na górę do łóżeczka i tak zakończył się sympatyczny wieczór.

Trackback: http://bloog.pl/id,330783853,trackback

komentarze (2) | No i co o tym sądzisz?

Ferie.

poniedziałek, 23 stycznia 2012 8:17

Dziewczyny chwilowo ozdrowiały po czym we wtrorek Zuza znowu padła, zaczynajac chorobę od zaśnięcia w przedzszkolu nad miską z zupą :) Tym razem gorączka mała, za to kaszelek i glut do pasa. Przy okazji samoobsługi gluta Zuza zapaćkała sobie oczka, które też miały gluta. Nie obyło się bez kropelek, ale znosiła to dzielnie i po dwóch dniach problem oczek się rozwiązał, w przeciwoeństwie do kaszelku. Walczy dzielnie wspomagana witaminką C i Ibufenem, wygląda na to, że już zdrowieje. Skończyła chorować Zuza, wczoraj Ola przyszła z wielkim glutem tradycyjnie już rozmazanym po całej buzi. I chciała buziaka... Ble. Wieczorem (wczoraj) padła Aśka. Mnie boli gardło. Jeden Olek trzyma się dzielnie.

Korzystając z uroków podwarszawskiej "zimy" udało nam się wyjść nawet w poniedziałek na spacer i porzucać śnieżkami ku wielkiej uciesze Olka i przerażeniu dziewczynek. Młody wrócił do domu niczym bałwan śniegowy, cały mokry ale szczęśliwy. Dziewczyny też zadowolone. Dodać należy, że ganialiśmy się po naszej drodze, w świetle latarń, około godziny 19:30 ;) Ola, mimo zachęt do wykonania orzełka na śniegu, węszyła podstęp i broniła się rękoma i nogami. Dopiero kiedy Olek zrobił wersję demo dała się położyć i nawet zgrabnie machała odnóżami. Orzełek wyszedł zgrabny, zaś Ola z dumy i radości strzeliła zezika. Śnieżki były fajne, puki rzucali się inni. Kiedy Ola dostała rikoszetem w paszczę, zrobiła taką histerię, że pół osiedla wiedziało, że jestesmy na spacerku. Aśka natychmiast zawróciła z nią do domu, uświadamiając, że jeśli dalej będzie wyła to dla niej koniec spaceru. Przestała, a pod koniec krzyczała radośnie: "Mama, jeszcze spacer, nie będę płakała!". Po swojemu, w zulu-gula oczywiście, ale w miarę zrozumiale. W ogóle Ola zaczęła robić się w miarę komunikatywna i można z nią w jakiś sposób nawet porozmawiać, czy odpytać. To duży postęp, bo dawniej na każde pytanie reagowała głupawym uśmiechem a teraz ładnie odpowiada, stara się tłumaczyć, choć czasem naprawdę cieżko dojść o co jej chodzi. Przykładem niech będzie fafik. Wróciłem chyba w piątek do domu, a od progu wita mnie Ola krzycząc "Tata, ja jabiłam fafika". Patrzę pytająco na Galę, ta się śmieje. Przyszła Zuzia. Pytam ją, co zrobiła Ola? "Ola zlobiła fopkika". Chwilę później Ola poproszona o pokaz owego fafika przynisła puzelki z ułożonym chłopczykiem. "Fafika" w języku zulu-gula znaczy "Chłopczyka". Ot co :)

Ola ma ostatnio puzlomanię. Układa puzle jedne za drugimi i to całkiem ładnie i poprawnie. Czasem coś się pomerda, ale to jeden, czy dwa klocki na całe puzle. Układa nawet takie po 40 elementów, co jak na jej poziom uważam za ogromny sukces. Zuza jak nie wie, pcha na siłę, Ola już ładnie dobiera. Robi to w specyficzny sposób, bowiem nie rozkłada sobie klocków i wybiera tych właściwych, tylko jakby selekcjonuje grupkę potencjalnie pasujących, po czym po kolei każdy dopasowuje. Jak wreszcie trafi, próbuje z następnymi. Ale nie ważne jak, ważne że układa, a ja mam co chwila sprint na górę: "Tatusiu, ziobać konika", ...klowę, ...domek,... tlaktol". Zuza trochę chyba zazdrosna, że Ola robi coś lepiej od niej przeszkadza jak umie. We środę chyba, w ramach owego przeszkadzania, dał się słyszeć wrzask Oli. Wpadliśmy do pokoju, bo Ola płakała przeraźliwie, a Zuza mówi "Ja przeprosiłam, ja przeprosiłam!" . Pytamy Olę co się stało - "Zuza mnie ugjizła". Gdzie? "W poiciek"... Oglądamy buzię - nie ma śladu. "Oj, Olu, histerię robisz. Nic tu nie ma." No i nagle znaleźlismy... Krew sama z siebie się nie pojawia... Zuza użarła ją tóż obok ucha, u nasady żuchwy, ale do krwi. Mała miała wielki krwiak i przeciętą zębami siotry skórę. Ponieważ nie był to pierwszy raz, kiedy Zuza pogryzła Olę, niestety, kara była dotkliwa. Włącznie z tym, że mama nie lulała, tata nie dał buziaka, a miś nie chciał z Zuzią spać, bo bał się pogryzienia. Ola była tak zestresowana, że jeszcze z pół godziny trzęsła się u Aśki na rękach trzymając w łapce puzelka, którego układała w chwili pokąsania ;)

Wczoraj w ramach dnia babci Oleńka podpadła... Dziadek specjalnie kupił dla niej ciasteczka które może jeść bez obaw o świra. Reszta dzieci dostała inne łakocie. Kiedy po godzince do pokoiku w którym starszyszna gawędziła przy lampce wina, wparowała Ola gadając z papierkiem, widać było, że coś nie tak. Walnęła się na podłogę, zaczęła robić jakieś dziwaczne miny i głupkowato się chichotać. Wiadomo było, że nażarła się słodyczy od dzieci, o czym świadczyły także ślady czekolady na buzi... Źrenice poszerzone, wzrok błędny. Taka to ma dobrze ;) Troszkę ciasteczek i odlot gwarantowany.

Zrobiliśmy z młodym bałwanka, który niestety się roztapia, ku rozpaczy Olka. W zasadzie to bałwanica, której Olek zrobił piękne cycuszki. Dostała też fajkę w paszczę i wiaderko zamiast czapki.

13-go w piątek przerwałem sezon motocyklowy :( Motorek pojechał do serwisu, więc przynajmniej nie żal patrzeć, że stoi. Mimo to smutno mi, bo znowu tracę czas i paliwo stojąc w korkach. Ech...

Co jeszcze? A... Olek 7-go stycznia zdał kolejny egzamin w kung-fu stając się posiadaczem żółtego pasa i 9-go kju, czy jak to zwą. Dumny jak paw. Z każdego treningu wychodzi z bananem na gębie, zziajany, ale szczęśliwy.

I chyba tyle na razie.

Trackback: http://bloog.pl/id,330780282,trackback

komentarze (1) | No i co o tym sądzisz?

Pomór

środa, 11 stycznia 2012 13:36

W niedzielę rano Zuzinek wparował do wyrka trzęsąc się podejżanie. Że akurat wietrzyłem sypialnię, wziąłem to na karb zimnego powietrza. Zeszliśmy całą ekipą na dół, Zuza siadła do śniadanka i... nie jadła. Nic. -Boli mnie galdło... A ponieważ nie raz w ten sposób usiłowała uniknąc jedzenia, potraktowaliśmy to jako kolejny wybryk. Odeszła więc od stołu i poszła do salonu, gdzie zwinąwszy się w kłebuszek na fotelu patrzyła na świat błędnym wzrokiem. To już było dalece podejżane - Zuzek tak poprostu leży... Rzecz niepodobna. Ale kiedy zasnęła naprawdę się zaniepokoiłem. Termometr pod pachę, chwila mierzenia i 39.4. Upssss... Zapakowałem małą grzałkę w ciepłe ubranie i zawiozłem do lekarza. Po drodze zaliczyliśmy dwa eleganckie pawie w samochodzie. Swoją drogą, trzeba mieć talent, by z przedniego siedzenia Espace rzucić pawika aż pod przednią szybę ;) W każdym razie wyjazd był atrakcyjny, dziecię osłuchali, wyszło, że wirus. Ze dwa dni chorowała a wczoraj już motorek w pupce i słowotok. Babcia miała jej serdecznie dość - kochana, ale trudna do wytrzymania ;)

Wydumała sobie wczoraj po drodze do domu, że kupimy "paćtę to jombków". Podjechałem pod jakiś sklep i z obiema pannami ruszłem szukać pasty do zębów. Zuza wybrała, po czym na cały sklep ogłosiła: - ja cę niowom ciotke! Ciekawie musiał brzmieć dialog, w którym Zuza tłumaczyła mi że "stara ciotka jest popciuta". Wybraliśmy szczotki i gdy wybierałem krem do golenia Zuza, stękając, wrzuciła mi do koszyka wielką paczkę pampersów. "Tata, kupiłam pieluchy moje" ogłosiło dziecię. Wzięła najdroższe Pampersy ;)

W domu Zuza latała jak nakręcona, zaś Ola smętna, apatyczna, troszkę jak zwykle więc nie zwracaliśmy uwagi puki nie położyła się na tym samym fotelu co w niedzielę Zuza i nie zasnęła. Termometr pod pachę... 38.6. Leki już miałem, przebrałem i do łóżka. W nocy jeszcze przykrywanie kołderką, bo Ola ciągle się rozkopuje. Ciekaw jestem kiedy Olek polegnie, choć on już tyle czasu w przedszkolach i szkole spędził, że może sie uodpornił.

 

Wczoraj jeszcze mieliśmy poskromienie złośnicy. Zuza bawiła się ze mna całkiem fajnie, do momentu, kiedy w zabawie wziąłem jej nową ciotkę. I tu się zaczęło. Zamiast ładnie poprosić o oddanie, zaczęła wyciągać rękę jęcząc jak Ola. Próbowałem dziecię naprowadzić, że przecież to zabawa i jak ładne tatę poprosi i da buziaka, to szczotkę oddam , ale bez efektu. Dostała spazmów, tarzała się po podłodze, końcu Aśka wyniosła ją na górę do jej pokoiku. Darła się tam jeszcze z 10 minut, jakby ją ze skór obdzierali. Nagle wszystko ucichło, a kilka minut później zeszła Aśka. Byłem pewien, że Zuza zasnęła zmęczona histerią, a tu maszeruje do mnie skruszona panna, oczęta spuszczone w ziemie, rzęsami trzepoce... - "Tatusiu, pcieplaciam" i usta w ciup do buziaka. Dostała i od razu - "Poplosie, oddaj mi ciotkę moją"... ;) Była tak słodko przekonująca w tej swojej skrusze... :)  Ciekawe kiedy znowu spróbuje wymuszania.

Trackback: http://bloog.pl/id,330745192,trackback

komentarze (2) | No i co o tym sądzisz?

Nowy rok :)

czwartek, 05 stycznia 2012 19:40

1 stycznia 2012 , godzina 3:00

 

 

TOŚMY SOBIE POTAŃCOWAŁY :)

Trackback: http://bloog.pl/id,330718545,trackback

komentarze (6) | No i co o tym sądzisz?

I po zrywie ;)

środa, 04 stycznia 2012 8:20

Zryw Olci był tradycyjnie jednodniowy, choć po tych dwóch krokach do przodu zrobiła tylko pół do tyłu, więc i tak jest nieco lepiej niż było. W sumie to ciekawe, bo ten piękny dzień zaczęła od totalnej wpadki, czyli od nasiusiania do łóżka. Była okropnie zawstydzona i nawet nikt na nią nie krzyczał ani nie miał pretensji bo co innego jak dziecko sika dzień w dzień, a co innego, jeśli zdarzy mu się po pół roku suchego mała wpadka. W każdym razie mała zeszła na dół do toalety i... tam nasiusiała na podłogę. Dlaczego - bo sedes był zamknięty, a zwykle jest otwarty. Zmieniły się warunki brzegowe i dziecię zgłupiało :) Potem jeszcze wychodząc z Aśką z samochodu wywinęła orła na równiutkiej drodze, wskutek czego jej przecudne białe rajstopki zmieniły kolor na brunatny z domieszką khaki. Potem już sam miód. W sklepie nie puszczała Aśki na krok, babcia się nie liczyła. Grzeczna, wesoła i szczęśliwa. Mnie zaskoczyła w domu, bo jak pamiętacie, Ola ma problemy z wyrażaniem potrzeb, takim spontanicznym. A w poniedziałek było tak:

Weszła do salonu, przywitała się ("dendobla"), a potem bezceremonialnie wlazła mi na kolana (daj bukhaka = buziaka), następnie złapała za szyję (chce hem tatuić = chcę się przytulić). Potem nagle mówi co bym zamknął oczy. Pytam po co, a dziecię odpowiada - zrobię masażyk :)

Jakiś czas później nagle podeszła i mówi "Jestem głodna. Tato, zrób mi kaniapka". To już sukces duży. Poszliśmy do kuchni. Pytam ją, z czym chce kanapkę. "Z selkiem. Tam jest!" i otwiera lodówkę pokazując właściwy serek. No to smaruję jej tym serkiem, a ta nagle "Telaz pokloić a ja wezma tajezyk" i już pędzi z talerzykiem. Na koniec wypaliła "dakuja baldzo, pujda to pokoja". I poszła, zostawiając mnie z rozdziawioną gębą.

Potem przyszła po mandarynkę, prosząc bym obrał. Na koniec jabłuszko. Wziąłem i zacząłem kroić na kawałeczki odkładając odkrojone na talerzyk trzymany przez Olę. Odkładam i słyszę "perwsza..., dluga.., czeca..., czwalta..., pata..., szósta... ". Dopiero na "siódma" się zawiesiła. Szczęki nam opadły. A do tego miała zupełnie inną buzię. Zawsze miała taką maskę, z zaciśniętymi wargami, tak, że wyglądała jak typowa fasola - wąska czerwień, szerokie wargi. A ostatnio nie wiem, czy odzyskała władzę nad mięśniami czy się rozluźniła - buzia śliczna, usta wydatne, rzekłbym - jędrne ;) Inne oczy, bogatsza mimika.. Co się w tej główce dzieje to jednak wielka zagadka.

Wczoraj zasadniczo nie gorzej, choć miała parę śmiesznych wpadek. Najważniejsza to że będąc u babci bez Zuzy wpadła w kompletny marazm. Dopiero kiedy pojawiła się Zuza, odżyła. Śmieszna wpadka to pytanie o zwierzątka: - Olu, a jakie masz zwierzątka w domu? - Ola na to: - papuga..., i... kjuika... i .... - babcia ją podpuściła, bo więcej zwierzątek nie mamy, ale pytała dalej: - Olu, a jakie jeszcze zwierzątka macie w domu? - Na co Olunia rzecze: - choinkę!...

I tym optymistycznym akcentem kończę :)

 

Trackback: http://bloog.pl/id,330714076,trackback

komentarze (5) | No i co o tym sądzisz?

Są takie dni...

poniedziałek, 02 stycznia 2012 22:09

Takie, że wraca wiara w to, że z Oli będą jeszcze ludzie. Takie, że ma normalną, nie upiększoną sztuczną miną buzię. Naprawdę ładną :) Kiedy zachowuje się jak normalna dziewczynka, radosna i kontaktowa. Przytula się, dowcipkuje, prosi, odpowiada na pytania, zachowuje się spontanicznie i przewidywalnie. Takie, że Zuza i Olek idą na chwilę w odstawkę a my cieszymy się chwilą normalności Oleńki. Takie, że żal iż poszła już spać.

Dziś był ten dzień. Fajnie było. Dobranoc :)

Trackback: http://bloog.pl/id,330711666,trackback

komentarze (3) | No i co o tym sądzisz?

Noworoczne różności

poniedziałek, 02 stycznia 2012 10:42

Pierwszy dzień świąt upłynął pod znakiem żarcia ;) Olek od razu po przebudzeniu ruszył do LEGO i składał tak długo, aż skończył wszystko. Wieczorem byli u nas rodzice, jedni i drudzy, więc było fajnie. Drugi dzień świąt podobnie.

We wtorek ruszyłem motorkiem do pracy radosny i zadowolony, ale w pracy dopadło mnie choróbsko i do domku wracałem z niezłą gorączką. Do tego, planowane na czwartek i piątek szkolenie nie wypaliło więc oboje z Aśką zostaliśmy w domu. Dla dzieci to w sumie dobrze. W czwartek wyjechała na święta Gala  - ta to ma dobrze... Jedne święta w Polsce, drugie na Ukrainie :) Dzieciaczki w sumie spokojne. Olek większość czasu spędzał z Tymkiem, dziewczynki - ze sobą i ze mną. Olga poza paroma scenami ogólnie była w miarę OK. W piątek przed Sylwestrem miała poważny kryzys. Gadała do siebie, do ścian, albo gdzieś w przestrzeń. Siadała na stołeczku i zaczynała wygłaszać długie monlogi, podnosząc głos, modulując, jakby coś komuś tłumaczyła, czy dowodziła. Żywo przy tym gestykulowała, oczywiście robiła zeza, oraz różne dziwne miny. W końcu położyliśmy ją spać, bo już odlatywała zupełnie. Nie mam pojęcia z czym to związane ;)

Sylwestra spędziliśmy w brata. W sumie bawiło się siedmioro dorosłych oraz siedmioro dzieci w wieku od 3 do 8 lat. Dziewczynki wspaniale tańcowały, Olek wymiatał na parkiecie jak zawodowy tancerz, było naprawdę wesoło. Wcześniej Aśka nasmażyła pysznych pączków, które rozeszły się bardzo szybko ;) Bawiliśmy się od 20:30, pełni obaw o kondycję naszej trójki, ale i pozostałych dzieciaczków. O północy wyszliśmy na ogród odpalić baterię fajerwerków. Dzieciaki miały sztuczne ognie, ale Zuzanka uciekała przed nimi jak diabeł przed kropidłem :) . Oczywiście dla maluchów był bezalkoholowy szampan więc chłopcy wchłonęli ze dwie butelki. Cała ekipa wciąż była na chodzie, więc po strzelaniu wróciliśmy do ciepłego wnętrza i zaczęliśmy tradycyjną u nas zabawę w kalambury. Hasła były ciekawe, pokazać niektóre było bardzo trudno (perwersja, elektrownia jądrowa itp...). Ale i tak tak śmiechu było dużo. Dzieci wciąż wykazywały nadspodziewaną energię. Około 2:30 Tymon pokłócił się z Olkiem i zasnął na kanapie i to był znak, że chyba pora wracać. Dziewczynki ubrały się błyskawicznie, my dłużej, bo okazało się, że pies brata zeżarł Aśce buty. Śliczne, długie kozaczki... W sumie smakosz, bo zeżarł tylko te z naturalnej skóry - bratu pożarł jakieś turystyczne, nówki, warte ze 400zł...

Wsadziliśmy dziewczyny do dwukółki i ruszyliśmy do domu. Przy furtce (przeszliśmy raptem 80m) już obie spały :) W domu szybkie i delikatne przebieranko w pidżamki i około 3:00 cała ekipa spała snem sprawiedliwych. Jak łatwo zgadnąć, wstały dobrze po 11-tej :)

Jak widać na naszym przykładzie, można świetnie spędzić sylwestra z dziećmi, doskonale się bawić i nie czuć ciężaru pociech  ;) Olek stwierdził, że to był najfajniejszy Nowy rok w jego życiu. Dziewczyny wciąż przeżywają fajerwerki - tak im się podobały. A tańce uskuteczniają przy każdej okazji.

I to by było na tyle. Fotki wkrótce.

Trackback: http://bloog.pl/id,330709742,trackback

komentarze (0) | No i co o tym sądzisz?

Garść przedświątecznych fotek

środa, 28 grudnia 2011 14:47

Cała trójka wariuje na kanapie w przedwigilijny czwartek. Bardzo wyczerpujące zajęcie.

 

Niedługo później Zuzinowi wyczerpały się bateryjki i nawet pyszna kanapka nie zregenerowała sił...

 

 

W Wigilię obie panny zostały starannie wykąpane:

 

A następnie udały się do fryzjerki - cioci Gali ;) celem zrobienia się na bóstwa. Pierwsza była Zuzanka, która wreszcie wyszła na zdjęciu taka ładna jak jest w rzeczywistości ;)

 

Oli kręcenie loków nie bardzo sie podobało, więc nie będę publikował zdjęć zapłakanej małej. Za to kiedy już miała lokówki na głowie, humor zdecydowanie się poprawił.

 

 

 

 

Młody jak zwykle wystąpił pod krawatem.

 

 

Oczekiwanie na Wigilijną kolację bardzo sie dłużyło a dzień był taki męczący ;)

 

 

Tak jak by co - Zuzinek śpi naprawdę, Ola - udaje, że śpi, bo śpi Zuzia. A przecież Ola zawsze robi to samo co Zuzia. Nawet jeśli graniczy to z absurdem :)

 

Cd. ewentualnie nastąpi :)

Trackback: http://bloog.pl/id,330697168,trackback

komentarze (10) | No i co o tym sądzisz?

Święta i po...

wtorek, 27 grudnia 2011 8:44

Piątek. Wziąłem urlop, Aśka także. Cała ekipa w domu. Zabrałem Olka, wpadłem po brata, podpięliśmy przyczepkę i ruszyliśmy na poszukiwania choinki. Razem z nami jeszcze dzieciaki brata - Pola i Tymon. Dziewczyny zostały w domu co by pichcić. O ile brat kupił chojaka błyskawicznie, o tyle z naszą był problem - na żadnym z okolicznych bazarków nie mieli większej niż 3.5 - 4m. A Małżonka uparła się, że ma być duża jak w zeszłym roku, czyli 5.5 - 6 metrów minimum... Wpadliśmy na pomysł, by pojechać na działkę babci i tam poszukać drzewka. Po drodze kupiliśmy piłę i po 40km jazdy już spacerowaliśmy wśród świerków i sosen. Ładne, problem tylko był w tym, że najniższa miała ze 20 metrów :) Brat pamiętał, że chojaki były, ale zapomniał, że z 10 lat temu ... Takoż, ruszyłem do ostatniej nadziei, czyli plantacji choinek pod Tarczynem. Kolejne 40km i już byliśmy na miejscu. Facet faktycznie miał plantację przerośniętych mocno świerków, ale udało nam się wybrać bardzo ładny egzemplarz. Wymierzyliśmy go na rozpiętość rąk, wyszło nam 6m, więc rachu ciachu, zbędny kawałek odcięliśmy i gotowe. Zapakować toto nie było łatwo, ale ułożywszy chojaka częściowo na dyszel od przyczepki, jakoś go przytwierdziliśmy. Że wystawał dobre 3m za przyczepkę, to już szczegół. Chyba dość egzotycznei wyglądaliśmy - dwóch dryblasów z trójką dzieci i lasem na przyczepie - bo ludziska z mijających nas aut uśmiechali się sympatycznie :)  Kiedy w domu już toto wnieśliśmy, okazało się, że chojak jest jednak dłuższy niż 6m, więc jeszcze metr odciąłem. Ola i Zuza w tym roku były wyjątkowo podekscytowane, chodziły, głaskały igiełki, oczywiście obie uświniły się żywicą... Stawianie do pionu poszło nader szybko i sprawnie, nawet bez poprawek. Ubieranie wymagało jak zwykle długiej drabiny i wierzcie mi, zakładanie bombki na szczyt chojaka nie należy do łatwych zadań... To jest kurczę drugie piętro :)  Obyło się bez strat w ludziach, natomiast kilka bombek poleciało. Przy ubieraniu odpaliłem kolędy z płyty i dziewczynki śpiewały a my razem z nimi. Wesoło było.

Sobota. Obudziliśmy się dobrze po dziewiątej ;) Szykowanie stołu i porządki poszły błyskawicznie, więc można było przed kolacją jeszcze chwilę odsapnąć. Mieliśmy zacząć o 16-tej a potem na 18-ta przemieścić się na drugą Wigilię, ale wyszło inaczej. Zaczęliśmy później, więc i do moich rodziców się spóźniliśmy, ale i tak nic w sumie nie straciliśmy. Młody czytał fragment Ewangelii i choć okropnie był zestresowany, to dobrze, że się odważył, bo okazało się, że u rodziców czytała jego rówieśnica, Helcia. Oboje byli dumni.

U rodziców Ola dzielnie biegała z dziećmi (cała czereda, siedmioro w wieku 10, 8, 8, 7, 5, 5, 3). Wołali Mikołaja przez okna i drzwi, normalnie czad. Ola była tak podekscytowana, że dostała wypieków na buzi. W końcu, gdzieś między jednym a drugim wołaniem Mikołaja wtargaliśmy wory z prezentami do przesionka. Dzieciaki narobiły takiego wrzasku, że aż uszy pękały. Olunia i Zuza były bardzo zadowolone, bo dostały szczekające pieski i torebeczki do ich noszenia. Biegały za psiakami po podłodze na czworakach i śmiały się obie. Kiedy ktoś rzucił hasło, że wypadało by podziękować Mikołajowi, dzieci w amoku rozpakowywania rzuciły tylko "dziękujemy", natomiast Ola stanęła w oknie i podskakując po swojemu, czyli nieco pokracznie, wyskandowała w rytm podskoków "Dzię - ku - je - my Ci Mi - ko - ła - ju za  pre- zen - ty!!!". Oczywiście z emocji strzeliła zezika, ale i tak na wszystkich zrobiło to ogromne wrażenie. Potem cały wieczór opowiadała, jak przyszedł Mikołaj i jakie przyniósł prezenty. Usnęła na siedząco, w ubraniu, na podłodze w salonie, patrząc jak składam ich "sklep". Olek do północy składał gigantyczny statek kosmiczny Lego, jakiś zestaw z figurką Yody - podobno tylko w tym jednym zestawie jest takowa figurka. Zadowolony był bardzo. Rano jak tylko wstał, poprzytulał się chwilę i znowu ruszył do układania. A kiedy skończył jeden, zaczął drugi, nieco mniejszy. W zasadzie nie popełnił żadnych błędów. Gdzieś tam zamocował coś odwrotnie i czegoś nie docisnął, ale ogólnie bezbłednie. Tylko przy Lego potrafi się aż tak długo skupić.

Cdn.

 

Trackback: http://bloog.pl/id,330693113,trackback

komentarze (1) | No i co o tym sądzisz?

Aniołkowe śpiewy i fasolkowe cuda.

czwartek, 22 grudnia 2011 12:29

Wczoraj Zuzin robił za aniołka. Czemu nie diabełka? W każdym razie miała piękne skrzydełka, aureolkę i białą kiecę, w której wyglądała szałowo. Wziąłem nawet aparat, ale z wrażenia zapomniałem zabrać z ładowarki baterii.... Specjalnie włożyłem, aby nie zabrakło zasilania :( Na szczęście była Aśka z kamerą, więc jakaś pamiątka będzie. Zuzin z sobie tylko znanych powodów nie śpiewał wogóle. Jak w sklepie, czy w domu to wyśpiewuje kolędy na cały regulator. A na Jasełkach - ani be ani me. Po występie dzieci dostały żelki w nagrodę, ale Asia nie dała Zuzi w samochodzie, tylko dopiero w domu, coby kiecki nie uświniła. W efekcie w drodze do domu Zuza wyła niczym strażacka syrena. Na szczęście do domu z przedszkola raptem 500m. Ola była jako widownia i bardzo jej się podobało. Asia przeprowadziła z nią poważną rozmowę, mówiąc, że jeśli będzie się starała ładnie mówić, to też pójdzie do przedszkola. No i od wczoraj Ola nagle zaczęła mówić. Potwierdza to nasze domysły, że Ola nie tyle mówić nie umie, ile po prostu jej się nie  chce. Na zasadzie - bo zawsze kompocik był. Zobaczymy ile wytrzyma w postanowieniu poprawy.

W domku Zuzik padł ze zmęczenia, Asia położyła ją do łóżeczka, poczytała i dziecię o 19-tej już spało. Pół godziny później z jej pokoiku dobiegło nas głośne śpiewanie. Czego nie wyśpiewała na Jasełkach, to nadrabiała serenadą z łóżeczka. Ponieważ się przespała chwilę, jej motorek odzyskał siły i rozrabiała do 22-giej.

W międzyczasie Ola zaliczyła ciekawą akcję. Mianowicie Olek przytargał na prośbę mamy paczkę chrupków kukurydzianych, które dziecię bardzo lubi. Zuza od razu podbiegła do Olka, zapytała "A ja mogę tlochę?" i oczywiście dostała. Ola - zaczęła jęczeć. Stojąc, położyła buzię na fotelu i tak sobie stała i jęczała. Powiedziałem, że przecież chrupki są dla wszystkich i jeśli chce, może podejść do młodego i się poczęstować. Nic, zero reakcji. No więc tryb rozkazujący - "Olu, proszę idź do Olka i weź sobie chrupki, a nie jęczysz bez powodu." Nic. Zuzia stwierdziła: "Ola chiba nie chce chlupek!". Ja dodałem, że skoro nie chce, to trudno, nikt jej nie będzie zmuszał do jedzienia. No więc zaczęła wyć na maksa. Na takie zawieszki świetnie robi jej samolocik - latamy sobie po pokoju i robimy samolot. Nie wiem jak to stymuluje jej mózg, ale dość szybko dochodzi do normy. No więc po samolociku i powtórzeniu, że może się częstować, jeśli chce, a jeśli nie chce, to trudno, Ola siadła na podłodze i zaczęła dumać. Było to dość ciekawe, bo widać było, że bardzo chce tych chrupków, ale jednocześnie coś ją blokuje (upór? - nie wiem...) przed wzięciem ich. W końcu po 10 minutach rzuciłem jej kolejne koło ratunkowe. "Olu, jak ja chcę coś zjeść i ktoś mi to daje, to idę, biorę i jem. Czy jak ci ciocia, czy mama postawi na stole kanapkę albo sok, to siadasz i jęczysz, czy idziesz i bierzesz? To weź sobie te chrupki od Olka i przestań już robić sceny...". O dziwo wstała i poszła. Krok za krokiem, powoli, jakby jeszcze myśląc, co zrobić w tej sytuacji. Spojrzała na leżącą obok Olka paczkę i mówi "Nie ma chupek". Ja na to - "Są, zajżyj i sprawdź". Co byście zrobili w tym miejscu? Każdy by podniósł paczkę i zajżał do środka. A Ola położyła się na podłodze i zajżała do paczki. Ot, tok myślenia FAS-Olki :)  Ale w końcu wzięła i była baaardzo szczęśliwa...

Trackback: http://bloog.pl/id,330682289,trackback

komentarze (3) | No i co o tym sądzisz?

Idą święta... Ciąg dalszy

wtorek, 20 grudnia 2011 10:23

Wczoraj miałem dylemat natury moralnej... Otóż wieczorkiem przebrana i wykąpana Ola  powędrowała nagle z salonu gdzieś na górę. Po chwili rozległ się rozpaczliwy jęk i za chwilę żałosny płacz. Spytałem Aśkę, która akurat siedziała na górze, co się stało Oli - ale Oleńki na górze nie było... Poleciałem po schodach obadać sprawę. W toalecie świeciło się światło i stamtąd dochodziło zawodzenie... Stanąłem w drzwiach i tu właśnie pojawił sie dylemat - śmiać się, płakać, czy ratować córcię. Widok był przekomiczny a zarazam żal mi było malucha. Otóż, Olunia wpadła do sedesu... Mimo uporczywego tłumaczenia, że jak już się wespnie na deskę, to ma się oprzeć łapkami za sobą, Ola zawsze  trzyma rączki przy sobie zwieszając się do przodu. No i wpadła... Widok przedstawiał się następująco - dziecię złożone w scyzoryk, pupa głęboko w muszli, a nogi i rączki zadarte do góry. Na stopach wisiały niczym flaga różowe majtasy ;)  Wyciągnąłem przerażoną niunię z pułapki, poprzytulałem, wysiusiała się, poćwiczyliśmy jak właściwie siadać i tak się to zakończyło. Ale nie ukrywam, widok był naprawdę komiczny :)

Trackback: http://bloog.pl/id,330677851,trackback

komentarze (0) | No i co o tym sądzisz?

Idą święta...

poniedziałek, 19 grudnia 2011 10:57

W ramach świątecznych niespodzianek Ola odwaliła w sobotę rano eleganckiego kiwaka - leżaka. Już w piątek rano wstając do pracy słyszałem, że coś w pokoju pojękuje, ale kiedy wszedłem leżała tylko i mruczała. Wystarczył przytulak i głaskanko i zasnęła. W sobotę to coś zupełnie innego - wstała Zuza i wparowała nam do łóżka, potem wstał Olek i... oczywiście wparował nam do łóżka. Czekaliśmy na Olę, która zawsze też właziła. Czekaliśmy ze 40 minut, w końcu cała ekipa zaczęła się rozłazić po domu. No i wtedy usłyszelismy Olę :( Musiała się kiwac długo, bo włosy miała tak skołtunione, że ciężko było rozczesać... Tradycyjnie wyraziliśmy swoją głęboką dezaprobatę, dodatkowo zawstydzając Olunię przed młodym i Zuzą - patrzcie dzieciaki, wy się z mamą i tatą przytulacie, a Ola woli kiwanie w łóżku. Cały dzionek była dziwna, zresztą od tygodnia ma jakąś cofę, ale to była kulminacja. W niedzielę wparowała raniutko do łóżka, zadowolona i niepotargana, czyli kiwaka nie było. Cały dzień się przytulała i była już w miarę normalna. Czyli znowu mamy powtórkę z rozrywki.

Na sobotnich zakupach w centrum handlowym (o jak ja to lubię...), Zuza i Ola dały popis wokalny. Na środku stoiska z warzywami zaczęły śpiewać kolędy. Oczywiście po swojemu co, jak wcześniej pisałem, jest bardzo komiczne :) Ludziska patrzyli i śmiali się głos, a te się nakręcały i śpiewały coraz głośniej. przerywając co zwrotkę śpiew głośnym śmiechem. Fazę na śpiew miały ze 40 minut, podczas których byłem w centrum zainteresowania, jako że mi przypadła wdzięczna rola pilnowania małych śpiewaczek. Nic, tylko czapkę wystawić i na zakupy by się zebrało :)

Wczoraj puściliśmy królika wolno po domu. Nie wiem, czy to uratowanie mu życia tak go nastawiło, ale to jakiś dziwny królik. Nie ucieka, chodził sobie po kuchni, wąchał wszystko, oglądał. Daje się przytulać i głaskać, je z ręki, sika w kuwetę... Tylko duże toto jest i zaczynam mieć obawy, czy przypadkiem to nie jakiś zając :))

 

Trackback: http://bloog.pl/id,330676024,trackback

komentarze (2) | No i co o tym sądzisz?

Ciąg dalszy poprzedniego wpisu :)

środa, 14 grudnia 2011 14:54

Pozytywne zmiany u Oli to chyba przede wszystkim to, że zaczęła się uczyć. Bardzo chętnie rysuje i koloruje. O ile rysowanie samo w sobie najwyraźniej sprawia jej ogromną trudność (nazwijmy to po imieniu - nie umie rysować i tyle...), to kolorowanie idzie jej całkiem zacnie. Mieści się w obrysie i nie wychodzi kredką za linie, całkiem ładnie dobiera kolory. Oczywiście tylko wtedy, kiedy się stara bo gdy jej się nie chce, bazgroli okropnie jednym, czy dwoma kolorami bez ładu i składu. Układa proste puzzle oraz buduje z klocków. Buduje, to może za dużo powiedziane - na razie trafia klockami jeden w drugi i buduje wieże. Czasem wpadnie na coś pomysłowego, na przykład zabudowuje wierzę na klocku z parą kółek - i to jest fajne - ale zaraz po tym zaczyna zaplać z tą konstrukcją wokół komina pchając ją przed sobą z bezmyślnym wyrazem buzi - i to jest niefajne.

Ruchowo jest lepiej. Przełamała barierę symetrii ciała. Kiedyś proszona by dotykała naprzemian lewą dłonią prawego ucha, czy ramienia a potem prawą - lewego, nie umiała i dotykała lewą - lewego, a prawą - prawego. Teraz robi to nawet ładnie i dość szybko. Jak się wygłupiamy i robię z nimi gimnastykę, to Ola ćwiczy nawet sprawniej niż Zuza - o ile się jej wytłumaczy. Żeby zrobiła skłon z dotykaniem palcami podłogu, musiałem stanąć za nią i wyprostować jej kolana, bo za nic nie mogła zrozumieć co to są proste nogi. Ale jak załapała, wychodzi nawet nieźle. Pracujemy teraz nad pajacykiem.

U Oli widać brak zdolności przewidywania pewnych rzeczy. Potrafi zrobić fikołka na krawędzi łóżka czy kanapy i o ile wykonanie takiej figury na naszym łóżku, w linii jego krawędzi skończyło się zarzuceniem na bok i efektownym grzmotnięciem o podłogę, o tyle na kanapie wykonała numer życia... Zuza jej powiedziała: "Olu, zrób fikołka" - więc Ola zrobiła. Nie wzięła pod uwagę tego, że stoi bardzo blisko krawędzi - zanim zdążyłem zareagować, oparła rączki o podłokietnik i fiknęła na główkę na podłogę. Widok był dość przerażający, szczególnie wykręcona pod kątem 90 stopni szyja, ale dzieci są elastyczne i nic się na szczęście nie stało. Była przerażona i z lekka poobijana, ale szybko sie uspokoiła na rękach taty :) Widać tu, że mała kompletnie nie przewiduje skutków swojego działania, szczególnie dotyczy to aktywności ruchowej. Obawiam się, że gdyby Zuza powiedziała jej - skocz z okna, to Ola by skoczyła... Musimy bardzo na nią uważać.

To, że Ola działa schematycznie, już pisałem nie raz, ale ostatnio fajnie to widać. Było lato, koszulki z krótkim rękawkiem, Ola ślicznie nauczyła się je zakładać i zdejmować. Robi to tak, że wkłada najpierw głowę, a potem przepycha  po kolei obie rączki - jedną pcha, drugą poprawia rękaw. Zdejmuje odwrotnie. Najpierw ciągnąc za rękaw chowa rączkę pod bluzeczką, potem drugą w ten sam sposób i na końcu głowa. Gdzie problem? Kiedy przyszła jesień i długi rękaw, schemat został, ale warunki brzegowe się zmieniły. Problem. Ale najgorzej jak ma sukienkę na ramiączka, czy bluzeczkę bez rękawów. Usiłuje rozebrać się tym samym schematem i z uporem szuka rękawa za który mogłaby pociągnąć. Nie szuka innego rozwiązania, tylko się zawiesza i wyje. Zmiana schematu trwa, bo Ola wolno wchłania nowe ścieżki postępowania. Co gorsza, schemat dla bluzeczki bez rękawków usiłuje w drugą stronę zastosować na tej z długimi... Ogólnie fajnie mamy.

Nie możemy Oleńki nauczyć jedzenia kanapek... Zuza eleganko łapie za brzegi, rączki czyste, buźka czysta. No, czasem wyliże serek a kanapkę zostawi, ale to inna sprawa. Ola dużą kanapkę je tak, jakby jadła banana w poprzek. Nie wpadnie jej do głowki, że trzeba atakować zębami węższe części chlebka, bo tak wygodniej i łatwiej tylko jak już raz złapie chlebek, to wgryza się weń i po paru kęsach jest upaćkana aż po same uszy, bo tam sięgają krawędzie chlebka :) Uczymy, że trzeba obracać w łapkach, że łatwiej - chwilę pamięta, a potem znowu po swojemu.

Tyle na dziś :)

Trackback: http://bloog.pl/id,330664763,trackback

komentarze (2) | No i co o tym sądzisz?

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 16 lutego 2012

Gościozliczacz:  124 249

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
272829    

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Pamiętnik dzień po dniu z naszego życia z dwiema adopcyjnymi córeczkami i 7-mio letnim synem. Dla tych, co mają własne dzieci i co własnych nie mają. Dla tych, co się wahają, czy adopcja ma sens, t...

więcej...

Pamiętnik dzień po dniu z naszego życia z dwiema adopcyjnymi córeczkami i 7-mio letnim synem. Dla tych, co mają własne dzieci i co własnych nie mają. Dla tych, co się wahają, czy adopcja ma sens, tych co już adoptowali i tych co nigdy o adopcji nie myśleli.

schowaj...

Kilka słów o autorze

Od 18.08.2009 tata adoptusiów - Olgi i Zuzki
Od 8 lat tata Olka
Od 9 lat mąż jednej żony :)
Od 10 lat w tej samej firmie
Od 10 lat wielbiciel starych i nowych Citroenów
Od 11 lat inżynier chemik
Od 12 lat z tą samą kobietą :)
Od 18 lat technik fotograf
Od 37 lat pierworodny moich rodziców ;)

Fizycznie niewielki (194cm/106kg).
Zawodowo - unikalnie, zajmuję się ludzką insuliną, a w szczególności jej oczyszczaniem i instalacjami z tym związanymi.

Kontakt priv:
m_kwiet małpa wp kropka pl
GG - Cytrynek, 9577492

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 29.11.2011 21:25:40
  • autor: magdal
  • treść: Przebrnęłam przez bl...

Statystyki

Odwiedziło nas: 124249
Wpisy
  • liczba: 570
  • komentarze: 1690
Galerie
  • komentarze: 53
Księga gości: 40
Jesteśmy z wami od: 908 dni

Wizytówka


m_kwiet

forum.wp.pl

Lubię to